2017 rok zapowiada się bardzo niebezpieczny

Wojenne zakusy Donalda Trumpa, rosnący w siłę klub malkontentów, do którego należą Chiny, Brazylia, Indie, Rosja i Iran, upadek Europy zachodniej i prowokacje wymierzone w Polskę. Czy tak właśnie będzie wyglądał rok 2017? Na pytania odpowiada Grzegorz Braun, reżyser i publicysta.

Wielu obserwatorów życia politycznego za wydarzenie roku 2016 uznaje wyniesienie na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Co ten wybór oznacza dla świata i dla Stanów Zjednoczonych?

Trump jest prezydentem lobby wojskowego, co wyraźnie się odsłoniło już w pierwszych tygodniach po elekcji. Armia jest w trakcie przejmowania władzy w Stanach Zjednoczonych. W bezpośrednim zapleczu politycznym Donalda Trumpa widzimy dostateczną ilość generałów, aby snuć analogie do transformacji ustrojowej, która nastąpiła u nas, w PRL na przełomie lat 70. i 80. Teraz właśnie w USA „zieloni” przesiadają się z tylnego fotela na przedni. Są zniecierpliwieni dezorganizacją i chaosem, jaki wkradł się za rządów pokolenia 1968 roku.

Pokolenia, które zdominowało administracje poprzednich prezydentów. Wojskowi mają najwyraźniej dość promowania zideologizowanej demoralizacji, która skutkuje dezorganizacją państwa i jego sił zbrojnych. Z drugiej zaś strony – mają dość inicjowania wojen, których nie pozwala im się po prostu wygrać. Tę postawę artykułuje otwarcie np. gen. Michael Flynn, kiedy stwierdza, że wojny nie są po to, żeby je prowadzić, ale po to, żeby je wygrywać. Wynosząc Donalda Trumpa do władzy, właśnie tego rodzaju zniecierpliwione trepy sięgają po koło sterowe imperialnej nawy państwowej.

Jeśli Stany Zjednoczone mają ruszyć na III wojnę światową, to kogo zechcą uczynić swoim strategicznym sojusznikiem? Donald Trump jeszcze nie zasiadł w Gabinecie Owalnym, a już zdążył nadać całkiem sporo mocnych komunikatów. Rozmowa telefoniczna z Tajwanem, a jednocześnie np. typowanie Davida Friedmana na przyszłego ambasadora w Izraelu, czy zaproszenie do kręgu doradców Henry Kissingera, w swoim czasie publicznie posądzanego o agenturalne działanie w interesie sowieckim – z pewnością świat zewnętrzny dostał sporo do myślenia. Warto obserwować, czy nowa administracja będzie spuszczać z tonu, a słowa, które już padły, okażą się tylko tromtadracją i przyjmowaniem pozycji negocjacyjnych po których przyjdzie czas na interesy. Może jednak te zapowiedzi zostaną zrealizowane na wybranym teatrze wojennym? Sytuacji prezydentowi-elektowi nie ułatwia jego poprzednik – radykalnymi posunięciami wobec Moskwy i Tel Awiwu.

Na które kraje warto teraz zwrócić szczególną uwagę?

Można dostrzec istnienie pewnego rodzaju klubu malkontentów, do którego należą Chiny, Brazylia, Indie, Rosja, wreszcie Iran jako lider w świecie muzułmańskim. Kraje te niecierpliwie czekają na upadek amerykańskiego hegemona. Liczą na realizację scenariusza „rozprucia się” Stanów Zjednoczonych po wewnętrznych szwach, na jakąś nową wojnę secesyjną, która tym razem skutecznie rozsadziłaby molocha.

Powstaje pytanie, czy i my mamy się przyłączyć do tego klubu? Może nie od razu i nie manifestacyjnie, ale moim zdaniem, istnieją bardzo poważne powody, aby nie stawiać wszystkiego na tę jedną jedyną, mocno już zgraną amerykańską kartę. Nawet jeśli wojnę przyjdzie nam zaczynać w charakterze wasala Waszyngtonu, to z tego jeszcze nie wynika, że koniecznie mamy ją kończyć w tym samym układzie. To naprawdę dobry moment, by sięgnąć po najcenniejsze doświadczenie jakie wynieśliśmy z udziału w I wojnie światowej. Ostatecznie sto lat temu nasi pradziadowie całkiem słusznie nie upierali się do końca, by umierać np. za Berlin czy Petersburg. Czemuż teraz mielibyśmy koniecznie dać się zwieźć na ostatniej lawecie z pola walki o jedność i globalną hegemonię amerykańskiej demokracji?

Bądź co bądź, to przecież Waszyngton transmituje na nas całą ohydę własnego wewnętrznego spustoszenia. Urzędowa sodomizacja i terror politycznej poprawności wraz z dogmatycznie egzekwowanym judeoidealizmem na czele – to wszystko płynie do nas akurat z Zachodu, a nie np. ze Wschodu. Wolałbym żeby było odwrotnie, wtedy świat byłby prostszy i łatwiej nam, Polakom byłoby się zgodzić w kwestii rozpoznania rzeczywistości.

Czy ze strony rosyjskiej też możemy spodziewać się „oferty negocjacyjnej”?

To wcale nie jest wykluczone. Ale obawiam się, że najdogodniejszy czas na nowe otwarcie w naszej polityce wschodniej właśnie zmarnowaliśmy. Czy teraz będziemy mieli do czynienia z „resetem resetu” i w jakim tempie zacznie nabierać konturów kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym? To największy znak zapytania, pod jakim wkraczamy w rok 2017. Niech się nikomu nie zdaje, że sprawa majątkowych roszczeń żydowskich – w istocie próba zuchwałego wymuszenia rozbójniczego – gdzieś się rozmyła i straciła aktualność.

A Europa Zachodnia – czy mamy tam jeszcze na kogo liczyć?

Pamiętajmy, że Unia Europejska jest to dopuszczalna w granicach politycznej poprawności formuła IV Rzeszy Niemieckiej. Tak długo, jak długo elity Zachodu upierają się przy tym obłędnym projekcie, wszyscy razem pozostają niebezpieczni dla nas, jak zresztą i dla siebie samych. Paradoksalnie, może jednak dno upadku takiej np. Francji stwarza nowe szanse, by zacząć normalnie komunikować się z tamtejszymi państwowcami – nie z pozycji protekcjonalnej, do której Paryż wyzbył się za prezydentury Hollande ‘a ostatnich resztek tytułów. No i pytanie, czy w Warszawie są ludzie zdolni do myślenia o jedności kontynentu – ale nie w fałszywej perspektywie brukselskiej, tylko raczej w perspektywie fatimskiej?

 

W nadchodzącym roku wyjaśni się ostatecznie, do czego w rzeczywistości potrzebni są Berlinowi imigranci. Czy rację mają ci, którzy sugerują, że Niemcy sprowadzając masowo tych ludzi na kontynent europejski popełniają samobójstwo na raty, czy też stoi za tym jakaś głębsza racjonalność i to Niemcy szykują się do wojny a z ich kalkulacji wynika, że będą potrzebowali aż tylu rąk do pracy? Jedno nie musi jednak wykluczać drugiego. To, co wynika z rewolucyjnego zideologizowania kontynentu europejskiego, może zostać zracjonalizowane przez plany sztabów i służb.

W mijającym roku byliśmy świadkami wielu dość zaskakujących decyzji podejmowanych przy urnach, takich jak Brexit. W wielu krajach rośnie też poparcie dla określanych przez salon mianem populistycznych, partii liderów politycznych. Mówi się nawet, także w kontekście zwycięstwa PiS, o buncie „zwykłych” przeciwko tzw. elitom.

Jest w tym jakaś naturalna tendencja. Granice ludzkiej wytrzymałości na instytucjonalizację rewolucyjnego obłędu we współczesnym świecie i demontaż resztek cywilizacji chrześcijańskiej, doprowadziły do pojawienia się odruchów samoobronnych ze strony „zwykłych ludzi”.
Cały trend, któremu patronuje lewica rewolucyjna, ma charakter destrukcyjny. Składają się na niego z jednej strony sodomizacja społeczeństwa i terror politycznej poprawności, a z drugiej np. brednia globalnego ocieplenia, która legitymizuje doktrynę marksistowską w dogmatycznej formule tzw. zrównoważonego rozwoju. A to przecież nic innego, jak nowe wcielenie socjalistycznego centralnego planowania. Sodomici i mniemani „uchodźcy” są zaś zaginionym lumpenproletariatem tej niekończącej się transformacji. Lud pracujący bowiem, wbrew diagnozom Marksa, bynajmniej nie grzęźnie w głębszej pauperyzacji, tylko na swój sposób delektuje się owocami rozwoju gospodarczego.

Dlatego też potrzebna jest nowa klasa „wybrana” aby stosować w praktyce zasadę „dziel i rządź”.
Jednak pamiętajmy, że polityczne mafie, tajne służby i loże monitorują nastroje społeczne, tak aby zawczasu stanąć w awangardzie ewentualnego buntu społecznego. Służby starają się skanalizować wszelkie odruchy buntu, kreując kolejne kryzysy kontrolowane. Jakie niespodzianki już dla nas szykują? Noworoczny zamach w Stambule i zabójstwo w Ełku – obydwa zdarzenia, każde w swojej skali, mogą stanowić zarzewie większych prowokacji. Może to właśnie preludium jakiejś bardziej okazałej całości?

źródło: pch24 Rozmawiał Łukasz Karpiel
  1. tom napisał(a):

    Trump ma zapędy wojenne, niezły odlot mają ci idioci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.