Byli agenci ujawniają przerażające i niewiarygodne sekrety USA

usa-niewiarygodne-sekrety

Twierdzili, że pracując przy tajnych projektach poznali najpilniej strzeżone sekrety Stanów Zjednoczonych. „Nawróceni” agenci i pracownicy rządowi ujawniający informacje, od których włos jeży się na głowie, budzą niesłabnące kontrowersje. Oto, co miało do powiedzenia kilku z nich…

Al Bielek

al-bielek

Demaskatorzy pojawiali się w przestrzeni publicznej jako ludzie znikąd, mający do przekazania szokujące informacje. Tak było również z Alfredem „Alem” Bielekiem (1927-2011), który w 1989 po raz pierwszy skontaktował się z ufologami, opowiadając o swoim zaangażowaniu w ściśle tajny Projekt Montauk, przeprowadzany w bazie wojskowej o tej samej nazwie, położonej tuż pod Nowym Jorkiem.

Bielek twierdził, że jako człowiek o ponadprzeciętnej inteligencji został on zwerbowany do pracy dla rządu, który powierzał mu bardzo różne zadania – od budowy komputerów po nadzór nad szkoleniem „jasnowidzących szpiegów”. W latach 80. miał on nawet wziąć udział w testach maszyny czasu, dzięki której przeniósł się w daleką przyszłość, do VII tysiąclecia.

– W ramach Projektu Montauk pracowano nad różnymi rzeczami. We wstępnych fazach udowodniono, że można materializować myśli w rzeczywistości fizycznej, co potrafią tybetańscy mnisi. Potem zajmowano się tunelami przenoszącymi w czasie i w dowolne miejsce na Ziemi, Księżycu, Marsie czy w innej części galaktyki. Można było zatem podróżować, gdzie tylko dusza zapragnie. W 1983 r. realizowano z kolei Projekt Hellfire, w który byłem zaangażowany i którego celem było przetransportowanie dzięki tej technologii obiektu z drugiego końca galaktyki – twierdził.

Niestety, by Bielek nie zdradził największych rządowych tajemnic, przełożeni „wykasowali” mu część pamięci. Mimo to, co jakiś czas obrazy z przeszłości ożywały w jego głowie. Pewnego razu przypomniał sobie np. o udziale w legendarnym Projekcie Filadelfia, nadzorowanym przez Teslę, kiedy podczas próby stworzenia technologii maskującej, amerykańscy naukowcy przypadkowo teleportowali niszczyciel USS Eldridge.

Bob Lazar

bob-lazar

Na przełomie lat 80. i 90. dla miłośników teorii spisku był nadzieją na złamanie wieloletniego „embarga na prawdę” w sprawie UFO. Robert „Bob” Lazar (ur. 1959), bo o nim mowa, skontaktował się z dziennikarzami z Las Vegas, twierdząc, że zna tajemnice Strefy 51 – bazy leżącej 220 km od miasta, pośrodku olbrzymiego poligonu.

Miejsce to, znane też jako Dreamland (Kraina snów), nie istniało na mapach i otaczała je ścisła tajemnica oraz mnóstwo teorii spiskowych. Lazar, występując początkowo pod pseudonimem „Dennis”, twierdził, że pracował w sektorze S4 niedaleko wyschniętego jeziora Papoose Lake, gdzie w specjalnych hangarach Amerykańskie Siły Powietrzne mają przetrzymywać przechwycone latające talerze.

Jego zadaniem miało być kopiowanie podzespołów z maszyn, które – jak się dowiedział – zostały zbudowane przez istoty z systemu gwiezdnego Zeta Reticuli, odwiedzające Ziemię od niepamiętnych czasów. UFO, które widział Lazar, mierzyły od 9 do 12 m średnicy i miały siedzenia dostosowane do wątłej postury Obcych. Niebywałe osiągi gwarantowało „talerzom” paliwo oparte o „pierwiastek 115” (zsyntezowany w 2003 r., o czasie połowicznego rozpadu wynoszącym zaledwie kilka milisekund).

– Jestem absolutnie pewien tego, co widziałem w Strefie 51. Zorientowałem się, że to, z czym mam do czynienia to statek pozaziemski zbudowany dzięki technice, która wyprzedza naszą o setki tysięcy lat – mówił. Sprawiając wrażenie intelektualisty i „nerda”, Lazar zyskał zaufanie wielu ufologów i dziennikarzy, szczególnie kiedy kilku z nich zabrał na obszar na południe od Strefy 51, gdzie pokazał im manewry niezidentyfikowanych obiektów latających.

Wyglądało na to, że znał skądś harmonogram ściśle tajnych testów. Za to, co wyjawił społeczeństwu, Bob musiał jednak zapłacić bardzo wysoką cenę. Nie tylko otrzymał wilczy bilet i nie mógł znaleźć zatrudnienia, ale – jak twierdzi – służby zrujnowały jego wizerunek, manipulując informacjami o jego przeszłości.

Gary McKinnon

gary-mckinnon

Rewelacje osób takich jak Lazar skłoniły brytyjskiego hakera Gary’ego McKinnona vel Solo (ur. 1966) do poszukiwania „prawdy” na własną rękę. Przez kilkanaście miesięcy włamywał się on na komputery NASA, Pentagonu i NSA, poszukując informacji o UFO i wolnej energii. Znalazł – jak mówił – tylko (lub aż) dwa dowody na to, że Amerykanie rzeczywiście coś ukrywają.

Pierwszym znaleziskiem był arkusz kalkulacyjny z listą „nie-ziemskich oficerów” (ang. non-terrestial officers) zawierający ich nazwiska, stopnie oraz plan wymiany personelu między kolejnymi jednostkami, które nie figurowały w żadnym spisie. McKinnon mówił, że ich nazwy zaczynały się od „USS”, więc najwyraźniej były to statki, tyle że należące do sekretnej floty stacjonującej poza Ziemią.

Drugim znaleziskiem było zdjęcie ukazujące dziwny obiekt na orbicie okołoziemskiej. – Miałem nadzieję natknąć się na (…) latający spodek. Tymczasem ujrzałem Ziemię. Była w odcieniach szarości. Dwie trzecie obrazu wypełniała półkula planety, a w połowie odległości między jej czubkiem a dołem ekranu było coś, co wyglądało jak typowe UFO w kształcie cygara, ale mające „kopułki”: pod spodem, od góry, po boku…

Krańce cygara były leciutko spłaszczone. Nie było widać anten ani spawów, niczego. Miało się wrażenie, że nie zbudował tego człowiek – mówił haker. Po aresztowaniu w 2002 r. McKinnon został oskarżony o uszkodzenie ponad 90 komputerów należących do agencji państwowych i wojskowych, a także działania na szkodę USA. Amerykańscy prokuratorzy wystąpili do Wielkiej Brytanii z prośbą o ekstradycję Solo, domagając się dla niego 70 lat więzienia. Po trwającej dekadę batalii, która otarła się również o media, Zjednoczone Królestwo odmówiło wydania swojego obywatela.

Phil Schneider

phil-schneider

Schneider (ur. ok. 1947) zabłysnął w środowisku zwolenników teorii spisku ok. 1994 r., podając się za geologa, który pracował na rządowym kontrakcie przy budowie tajnych podziemnych baz, jakich na terytorium USA już wtedy miało być ok. 120.

Przygoda przy rozbudowie jednego z takich kompleksów w Dulce (Nowy Meksyk) była kluczowym wątkiem w jego historii. Schneider mówił, że w 1979 r., pracując w firmie Morrison-Knudsen, dowiercił się do jamy, która, jak się okazało, była „bunkrem” Obcych stacjonujących w bazie Dulce razem z ludźmi. Po zejściu na dół ekipy inżynieryjnej wywiązała się walka, a Schneider został postrzelony z „kosmicznego pistoletu”.

Obracając się w kręgach związanych z rządem, geolog gromadził informacje, o jakich nie mówi się obywatelom, mimo że to oni utrzymują z podatków bazy, w których przeprowadza się szokujące, często niehumanitarne eksperymenty. Nie to jest jednak najgorsze. Schneidera najbardziej niepokoił pakt, jaki rząd USA miał zawrzeć z kosmitami kosztem bezpieczeństwa swoich obywateli.

– Za rządów Eisenhowera doszło do zawarcia interesującego układu na linii obcy-ludzie o kryptonimie „Grenada 1954”. Kosmici mieli wymienić się z nami wiedzą techniczną, uzyskując pozwolenie na okazjonalne przeprowadzanie testów na ludziach i krowach. (…) Doszło jednak do zerwania umowy.

Kosmici to bowiem notoryczni kłamcy, nawet więksi niż my. (…) Kosztem pozyskania nowych technologii było znikanie coraz większej liczby ludzi – mówił. W 1996 r. znajomi Schneidera, zaniepokojeni jego długim milczeniem, weszli do jego domu, znajdując zwłoki gospodarza. Przyczyny zgonu „rządowego geologa” nie są jasne, choć krążyły pogłoski, że został uduszony.

Dan Burisch

dan-burisch

Ten niepozorny okularnik twierdzi, że podobnie jak Lazar był pracownikiem Strefy 51, gdzie zajmował się mikrobiologią i badaniami nad obcymi formami życia. Z jedną z nich miał wyjątkowo bliskie spotkanie. Jak mówił, pewnego razu potknął się i upadł w laboratorium, gdzie przetrzymywano wątłą, przygarbioną istotę pozaziemską.

Obcy wykorzystał moment i usiadł Burischowi na klatce piersiowej, przekazując mu telepatyczny komunikat, który wywołał „burzę” w umyśle naukowca. Od tamtego czasu Burisch i kosmita, który, jak się okazało, miał na imię Chi’el’ah… zostali przyjaciółmi. Mężczyzna twierdzi ponadto, że brał udział w spotkaniach z delegacjami z obcych planet oraz pracach nad projektami Stargate i Looking Glass, umożliwiającymi podróże w czasie i przestrzeni.

Co do Obcych, informował, że na Ziemi przebywa stale kilka ras, z czego najliczniejsi są Orionidzi oraz „Szaracy”, którzy wyprzedzają nas w rozwoju o kilkanaście tysięcy lat. Są oni „poniekąd ludźmi”, mimo wielu dzielących nas różnic – mówił, dodając, że buforem oddzielającym społeczeństwo od informacji o kosmitach była tajna organizacja Majestic.

Mimo że Homo sapiens plasuje się przysłowiowe 100 lat za kosmitami, Burisch nie stawia ludzkości na przegranej pozycji, twierdząc, że w naszym rozwoju coś wreszcie „drgnęło”: – Jest progres i nie chodzi tu tylko o liczebność populacji, ale coraz większą grupę ludzi uduchowionych i utalentowanych.

Jest coraz więcej sawantów, dzieci indygo… Myślę, że te wspaniałe dzieci to nasza przyszłość, nasz krok naprzód. Nie będzie to od razu skok o miliony lat, ale maleńki kroczek. Następuje powolny rozwój świadomości – nowy renesans w dziejach ludzkości – mówił.

Max Spiers

max-spiers

O Spiersie zrobiło się głośno w związku z jego niewyjaśnioną śmiercią, do której doszło w lipcu 2016 r. w Warszawie, gdzie 39-letni Brytyjczyk przebywał u znajomych. Kilka dni wcześniej miał on przesłać do swojej matki tajemniczy sms z informacją o grożącym mu niebezpieczeństwie.

Z informacji podanych przez media wynika, że przyczyna zgonu Spiersa nie została ustalona, a jego polscy przyjaciele i promotorzy konsekwentnie odmawiali podania jakichkolwiek szczegółów. Spiers wystąpił w kilku polskich telewizjach internetowych. Choć jako mówca sprawiał fatalne wrażenie, zyskał niemałą grupę „fanów” wierzących, że zginął, bo wiedział za dużo. Jego historia była kalką rewelacji Bieleka i opierała się o podobny schemat.

Mężczyzna twierdził, że przez lata służył jako „superżołnierz” w US Army, ale jego pamięć z tamtego okresu została „wymazana” i powracała tylko w strzępkach wspomnień. Rozkojarzony i gubiący wątek Spiers opowiadał żądnym sensacji słuchaczom znad Wisły o Anunnakich, swoich wizytach na Marsie, a nawet Brusie Lee, który jego zdaniem miał być ziemskim wcieleniem mistrza duchowego z Oriona.

Prawdomówność innych demaskatorów także budziła wątpliwości, tym bardziej, że nierzadko sami dostarczali oni powodów do kwestionowania swej wiarygodności. Bielek, niczym baron Münchhausen, nie miał hamulców w snuciu coraz to barwniejszych opowieści ze swoją osobą w roli głównej.

W sprawie Lazara dziennikarskie śledztwo wykazało, że kłamał co do swego wykształcenia i był karany za sutenerstwo. Ani Schneider, ani Burisch nie dostarczyli z kolei żadnego dowodu na potwierdzenie swoich rewelacji.

Choć w ostatnich latach na tajne „czarnobudżetowe” projekty Amerykanie wydają corocznie ponad 50 mld USD, demaskatorzy, z których każdy podaje inną wersję historii o rządowych sekretach, de facto utrudniają odpowiedź na pytanie, co naprawdę rozgrywa się za drzwiami tajnych laboratoriów lub miejsc takich jak Dreamland…

źródło: onet

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*