Fidżi zdemolowana przez niszczycielski cyklon Winston

Nad wyspami Fidżi na Pacyfiku przetoczył się Winston, najpotężniejszy cyklon tropikalny jaki kiedykolwiek narodził się na południowej półkuli. W weekend przeszedł nad rajskim archipelagiem Fidżi, obracając wiele urokliwych wysepek w totalną ruinę.

Fidżi

Wielu z nas wyspy Fidżi uważa za ziemski odpowiednik raju. Z jednej strony z uwagi na zapierające dech w piersi krajobrazy, a z drugiej za to, że nigdy tam się nie znajdziemy z powodu astronomicznych cen wycieczek. Fidżi nigdy już nie będą takie same, jak niegdyś.

Tamtejszych mieszkańców można dopisać do listy ofiar najsilniejszego w historii El Niño, którego koszty idą już w miliardy dolarów. W miniony weekend (20-21.02) przyszło im się zmierzyć z cyklonem tropikalnym, jakiego na wodach południowego Pacyfiku jeszcze nie widziano.

Winston, bo takie otrzymał imię, przez kilka dni krążył w rejonie Fidżi, ale jego siła nie była duża i nikt nie spodziewał się, że gwałtownie się zwiększy. Wystarczyło, że formacja burzowa wtargnęła na cieplejsze niż zwykle wody, związane z obecnością El Niño.

cyklon

Wówczas cyklon błyskawicznie przybrał na sile, osiągając najwyższą, piątą kategorię. Tuż przed uderzeniem w Fidżi średnia prędkość wiatru w ramionach cyklonu dochodziła do prawie 300 kilometrów na godzinę, a pojedyncze porywy przekraczały 320 km/h.

Nigdy wcześniej w całej historii pomiarów na południowej półkuli nie odnotowano tak silnego cyklonu. W dodatku Winston okazał się drugim najpotężniejszym cyklonem w skali całego świata, nad obszarem zamieszkanym.

Gdy jego oko wkraczało nad wyspę Koro, zamieszkiwaną przez 4,5 tysiąca osób, średnia prędkość wiatru dochodziła do 296 km/h. Silniejszy od niego był tylko tajfun Haiyan, który w 2013 roku zdewastował Filipiny, z wiatrem o średniej prędkości 304 km/h.

Zniszczenia na wyspie Koro na Fidżi po cyklonie Winstoncyklon

Zaczęło się pustoszenie wysp. Huraganowe wiatry łamały, a nawet wyrywały z korzeniami palmy, obracały w ruinę domy, wysokie fale sztormowe wdzierały się w głąb lądu powodując podtopienia. Krajobrazy Fidżi wyglądają jak po bombardowaniu. Ostatnie raporty mówią już o 20 ofiarach śmiertelnych.

Zdecydowana większość z 900 tysięcy mieszkańców schroniła się w specjalnych centrach pomocy. Wielu nie ma do czego wracać. Konieczna będzie odbudowa wielu wiosek. Władze ogłosiły stan wyjątkowy, który będzie obowiązywać przez następny miesiąc.

Poprosiły również społeczność międzynarodową o pomoc humanitarną, ponieważ brakuje wody pitnej, żywności, lekarstw i choćby namiotów, gdzie rodziny, które straciły dach nad głową mogłyby się schronić. Nie ma łączności telefonicznej i energii elektrycznej. Archipelag, którego mieszkańcy w znacznej mierze utrzymywali się z turystyki, stracą ostatnie źródło utrzymania.

Dramat mieszkańców Fidżi obrazuje jak niebezpieczne są i coraz częściej będą skutki postępujących zmian klimatycznych. Jeszcze nie tak dawno naukowcy twierdzili, że ocieplenie klimatu nie spowoduje wzrostu siły cyklonów. Tymczasem w ostatnich latach nie tylko rekordy biła ich liczebność, lecz również siła.

Odnotowaliśmy najpotężniejsze w całej historii pomiarów cyklony na północnym i południowym Pacyfiku, a także najsilniejszy huragan u wybrzeży Meksyku, z kolei na Atlantyku cyklon pojawił się w samym środku zimy, 5 miesięcy wcześniej niż powinien.

Zobaczyli oko cyklonu i zginęli

Meteorolodzy mówią, że ten, kto ujrzał oko cyklonu, jest stracony. Doświadczyli tego mieszkańcy wysp Fidżi, którzy byli pierwszymi ludźmi od czasu tajfunu Hayian na Filipinach, którzy na własnej skórze, z bliska, poczuli niewyobrażalną siłę żywiołu, który wygląda, jak tornado, tsunami i huragan w jednym. Oko cyklonu, które znajduje się w jego centralnej części, niesie bardzo zwodniczą pogodę, która może zmylić i doprowadzić w ten sposób do tragedii.

Przekonali się o tym mieszkańcy wyspy Koro oraz północnych części Viti Levu, największej wyspy archipelagu, gdzie położone jest miasto Suva, stolica kraju, gdzie oko przeszło w sobotę (20.02).

cyklon

Tuż przed jego nadejściem, od momentu w którym jego brzeg sięgnął regionu, padały nasilające się deszcze, wiatr wzmagał się, a fale i przypływ sztormowy były coraz wyższe. Apogeum zjawisk nastąpiło dosłownie na chwilę przed dotarciem oka cyklonu nad ląd.

Na tzw. wale otaczającym oko, zjawiska pogodowe charakteryzują się największą intensywnością. Trwa to bardzo krótko, ponieważ samo oko jest strefą ciszy. Występuje tam najniższe ciśnienie, które w Winstonie spadło do 915 hPa, a więc było o ponad 100 hPa niższe aniżeli zazwyczaj.

Mają tam miejsce również prądy wstępujące, ponieważ cyklon właśnie za pomocą swojego oka zasysa gorącą parę wodną unoszącą się nad oceanem, która służy mu za paliwo. W samym oku niebo nagle się rozpogadza, ustaje wiatr i deszcz, może nawet wyjrzeć słońce.

To jest dosłownie kilka minut dobrej pogody, po której następuje ponowne jej załamanie. Niektórzy mieszkańcy nie zdawali sobie sprawy, że to wcale nie koniec niepogody, lecz dopiero jej połowa. Oko cyklonu Winston miało około 30 kilometrów średnicy, a więc wystarczająco, aby na chwilę zza chmur wyłoniło się słońce.

Po chwili wiatr ponownie zaczął gwałtownie wiać, jednak tym razem z przeciwnego kierunku, pojawiły się też ulewy. Wszystko to, co zdołało się ostać pierwszej części cyklonu, zostało zrujnowane podczas drugiego uderzenia.

Fale o wysokości kilkunastu metrów wdzierały się na ląd, a dzieła zniszczenia pogłębił przypływ sztormowy sięgający 5 metrów powyżej normalnego stanu morza. W ciągu jednej godziny potrafiło spaść ponad 100 mm deszczu. Po 2-3 godzinach domy były zalane po same dachy, a ludzie nie mieli już gdzie uciekać.

źródło: TwojaPogoda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.