Nadchodzą czasy w których będą wybuchać wojny o wodę

Ryszard Kapuściński prorokował, że XXI wiek będzie wiekiem walki o wodę. Zobaczcie, gdzie mogą wybuchnąć wojny o ten surowiec, który staje się cenniejszy niż ropa.

Gospodarka niedoboru

Zasobami – w tym wodą – rządzą nieubłagane prawa arytmetyki. Jeszcze w latach 60. na świecie mieszkały 3 mld osób. W połowie XXI wieku będzie ich już trzykrotnie więcej. Razem z rosnącą liczbą ludności wzmaga się zapotrzebowanie na wodę w przemyśle i gospodarstwach domowych.

Choć minimalną dzienną dawkę wody szacuje się na 20 litrów, jeden miliard osób na Ziemi musi sobie radzić dysponując 5 litrami. Do wody pitnej – według danych ONZ – nie ma dostępu aż 770 mln osób. Już w 2006 roku niedoborów wody doświadczali mieszkańcy 43 krajów świata.

A już za 20 lat jej zużycie ma wzrosnąć o 40 procent. Nie bez powodu jeszcze w 1995 roku, Ismail Serageldin, wiceprezes Banku Światowego powiedział, że „jeśli wojny tego wieku toczyły się o ropę, to wojny następnego stulecia będą toczyły się o wodę”.

Konflikt stary jak świat

Trzeba jednak pamiętać, że zawsze w historii woda odgrywała ogromne znaczenie i była pretekstem do zbrojnych działań. Co ciekawe, samo słowo rywal pochodzi od łacińskiego „rivalis” określającego „osobę po drugiej stronie strumienia”, „sąsiada z tego samego strumienia”.

Do pierwszych takich konfliktów doszło już w Mezopotamii, która kilka tys. lat temu stała się kolebką naszej cywilizacji i położyła podwaliny pod coś, co moglibyśmy nazywać gospodarką wodną. Jedna z jej stolic Niniwa była zapewne pierwszym miastem w historii, które miało kanalizację i sieć wodociągów. W Babilonie zachwycały natomiast Wiszące Ogrody Semiramidy, jeden z cudów świata, do którego nawadniano wykorzystywano skomplikowany system hydrotechniczny. Już w 689 r. p.n.e. Sanherib, władca Asyrii zalał Babilon w zemście za zamordowanie jego syna. By tego dokonać obrócił w perzynę system zapór na Eufracie.

 Zakrawa więc na ironię losu, że i dziś w tej kolebce cywilizacji – głównie za sprawą Państwa Islamskiego – rozgrywa się jeden z ostrzejszych konfliktów o wodę. Nie bez przyczyny bojownikom kalifatu latem zeszłego roku zależało na przejęciu kontroli nad największą tamą w Iraku, która przecina rzekę Tygrys w Mosulu oraz dwiema mniejszymi tamami w Faludży i mieście Haditha. I nie bez powodu to właśnie one stały się jednym z celów zmasowanych nalotów zachodniej koalicji na tereny Państwa Islamskiego. To właśnie one oraz Jezioro Assad – największy w Syrii rezerwuar słodkiej wody zapewniają kalifatowi względną niezależność od Turcji. Woda z obu tych źródeł pozwala nawadniać m.in. 2,500 kilometrów kwadratowych pól uprawnych w regionie.

Kalifat vs Imperium Osmańskie

Turcja bowiem już od kilku dekad wprowadza w życie zasadę sformułowaną przez Suleymana Demirela: „Wody Eufratu i Tygrysu należą do Turcji, tak jak ropa do państw arabskich”. Od 1990 roku na terenie Turcji działa system tam i zbiornik im. Ataturka pozwalający zarządzać zasobami wód z obu rzek. Bojownicy i przywódcy kalifatu dostali szału, kiedy dzięki nim w zeszłym roku rząd Erdogana zablokował część wody płynącej na terytoria zdobyte przez ISIS w efekcie czego woda w Jeziorze Assada opadła o rekordowe sześć metrów. – Modę się do Boga, żeby ten rząd tureckich apostatów jeszcze raz przemyślał swoją decyzję. Inaczej będziemy musieli rozważyć wyzwolenie Stambułu – powiedział wtedy rzecznik ISIS Abu Mosa.

Ankara nie ma jednak zamiaru spuszczać z tonu. Końca dobiegają prace nad tamą Ilisu na Tygrysie, która zaledwie 45 km od syryjskiej granicy stworzy rezerwuar wody o pojemności 10 miliardów metrów sześciennych. Jej budowa ma być zwieńczeniem planu rozwoju regionu zaplanowanego jeszcze w latach 30. przez Ataturka. Dzięki wszystkim tym inwestycjom Turcy będą mogli zachować u siebie ponad połowę całych zasobów Eufratu i Tygrysu. Dla samego Iraku, którego przemysł naftowy wymaga rocznie 1,8 mld m3 wody oznacza to wyrok. Dla ISIS może być to natomiast problem w budowaniu 1000-letniego islamskiego kalifatu rządzonego zgodnie z prawem szariatu.

wojna o wodę

W delcie Mekongu

Przed Trybunałem Arbitrażowym w Hadze toczą się obecnie aż 263 sprawy związane z konfliktami o wodę. Na rzekach całego świata od lat 50 ubiegłego wieku powstało już blisko 40 tys. dużych zapór wodnych. Na rezerwuary wodne przekształcono 0,3 proc. suchej powierzchni kontynentów – obszar równy Kalifornii.

W spektakularnych inwestycjach przodują jak na razie Chiny. System tam, tuneli i kanałów zaprojektowanych na Jangcy pochłonął do tej pory już ponad 70 mln euro, a projekt jest dopiero w połowie ukończony. Pomysł na lepsze wykorzystanie zasobów tej ogromnej rzeki kosztował też majątek setek chińskich rolników, którzy zostali siłą zmuszeni do opuszczenia swoich wiosek.

Przedmiotem największego sporu o wodę w tej części Azji są jednak wody Mekongu kluczowe dla Wietnamu, Laosu, Tajlandii i Kambodży. Jeszcze do niedawna względnie nieregulowana rzeka, jest dziś dzielona dziesiątkami większych i mniejszych tam. Cześć budują u siebie Chińczycy, część z ich pomocą stawia Laos chcący stać się regionalnym liderem w produkcji prądu, który mógłby potem odsprzedawać Tajlandii. Ta gospodarka wodna na Mekongu niepokoi Kambodżę i Wietnam – od wody i połowów w rzecze uzależnionych jest życie blisko 50 mln osób.

źródło: newsweek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.