Rakieta Falcon 9 wystartowała z satelitę DSCOVR, tzw. „kosmiczną boją ostrzegającą”

Tuż po północy czasu polskiego 12 lutego nastąpił udany start rakiety Falcon 9, „dziecka” ze stajni SpaceX, amerykańskiego prywatnego przedsiębiorstwa założonego w 2002 roku przez miliardera Elona Muska. Rakieta nośna wyniosła w przestrzeń satelitę Deep Space Climate Observatory (DSCOVR).

Start rakiety nośnej Falcon 9 był kilkukrotnie odwoływany ze względu na problemy techniczne i niesprzyjające warunki atmosferyczne. Dopiero 3 minuty po północy 12 lutego silniki zostały uruchomione i Falcon 9 wzbił się w powietrze.

Start rakiety falcon 9

Sukces obniży koszty

Sukces SpaceX jest o tyle znaczący, że przybliża możliwość rzeczywistego obniżenia kosztów podobnych misji. Do tej pory rakiety nośne stawały się kosmicznymi śmieciami, dryfując po ziemskiej orbicie, lub płonąc w atmosferze podczas spadania na powierzchnię planety.

Falcon 9 natomiast został zaprojektowany w taki sposób, aby w stanie względnie nienaruszonym powrócił „do rąk” inżynierów i mógł ponownie wystartować z kolejnym ładunkiem.

O mały włos

Weryfikacja rozwiązań inżynieryjnych odbyła się niedługo po starcie, gdy rakieta „obrała kurs” spadając z powrotem na powierzchnię Ziemi.

Planowo Falcon 9 miał wylądować na platformie ASDS, dryfującej w odległości około 600 km od wybrzeża Florydy. Ta jednak nie mogła „wypłynąć” na wyznaczoną lokalizację ze względu na trudne warunki na morzu. Elon Musk, szef SpaceX, na swoim koncie na Twitterze napisał, że „rakieta miękko wylądowała w oceanie, z powodu panującego sztormu mijając wyznaczone miejsce lądowania o niespełna 10 metrów”.

„Taksówka na orbitę”

O tym, że Falcon 9 spełni swoje zadanie jako „taksówka na orbitę” naukowcy mieli okazję przekonać się niedługo po odpaleniu się silników. Na pokładzie rakiety nośnej znajdował się bowiem satelita Deep Space Climate Observatory (DSCOVR), którego Falcon miał wynieść w przestrzeń, a ten dalej miał się dostać na odległą o 1 500 000 km orbitę, co pozwoli instrumentom pokładowym, pozyskiwać szereg danych bez większych przeszkód.

Instrument naszpikowany czułymi urządzeniami pomiarowymi umożliwi na przygotowanie się z wyprzedzeniem na negatywne skutki m.in. koronalnych wyrzutów masy na Słońcu, które oprócz malowniczych zórz polarnych, często powodują zakłócenia w łączności satelitarnej, zmuszając niektóre samoloty do zmiany kursu.

Kosmiczna „boja ostrzegająca”

– DSCOVR będzie czymś na kształt boi ostrzegającej przed tsunami, tyle że w przestrzeni kosmicznej. Dzięki niej synoptycy zyskają kilka godzin na ostrzeżenie nas przed erupcjami magnetycznymi na Słońcu. Powodują one burze geomagnetyczne na Ziemi. Niektóre są na tyle silne, że poważnie zakłócają funkcjonowanie naszego społeczeństwa technologicznego, powodując utratę łączności z samolotami, zwłaszcza latającymi nad biegunami, uszkodzenia satelitów na orbicie, a nawet uszkodzenia sieci energetycznych – wyjaśniał Tom Berger, dyrektor Centrum Przewidywań Kosmicznej Pogody w NOAA.

O godz. 00.42 czasu polskiego podano, że satelita NOAA znalazł się na orbicie transferowej do oddalonego o 1,5 miliona kilometrów tzw. punktu L1 w układzie Słońce-Ziemia. Pięć minut po godz. 1 polskiego czasu podano, że DSCOVR rozłożył panele słoneczne, zaś o godz. 2.08 –  że nawiązał łączność ze stacją naziemną systemu Deep Space Network w Australii.

Źródło: TVN Meteo, kosmonauta.net Autor: mb/mk

Jeszcze nikt nie zagłosował.
Proszę Czekać...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.